1, 2, 3 i chuj
Strasznie korci mnie, żeby napisać “Raz, dwa, trzy i chuj”, ale tak, jak jest, wygląda bardziej estetycznie tudzież absolutnie zajebiście. I co mam zrobić, skoro od dziecka nauczona jestem wszystko pisać słownie? No dobra. Pozwólmy biednym dzieciom z podszczecińskiej wsi na spełnianie marzeń.
RAZ, DWA, TRZY I CHUJ.
I dwie pieczenie zostały upieczone na jednym rożnie: dziecko zadowolone, tytuł pozostał estetyczny.
Jak zwykle nie mam nic do powiedzenia: piszę o tak, żeby coś zrobić, bo dochodzi druga, nie chce mi się spać, muszę wstać o ósmej i nudzi mi się.
Miałam bardzo głupi sen. Tak głupi, że aż się wstydzę (oho! jednak jestem porządna – mam wstyd i potrafię się rumienić nawet!). Z drugiej strony: czy kiedykolwiek miałam jakiś sen, którego bym się nie wstydziła? (Miałam. Że uprawiałam dziki seks z Richardem Gere’em).
Mam silną potrzebę pieprzenia (w sensie słownym, bo, że fizycznym… och, nieważne): kupiłam sobie dzisiaj spinki i płyn do płukania Lenor Parfumelle Magnifique (w którym to płynie wypłukałam sobie kompletny zestaw na Sylwestra, nie wyłączając majtek. Wszystko inteligentnie powiesiłam na wieszakach, a wieszaki na karniszu: skapująca na listwę z komputera woda spowodowała zwarcie, musiałam potem przeciskać się w garażu przez dwudziestopięciocentymetrową szparę, żeby dostać się do bezpieczników i włączyć korki w domu. Tyle, jeśli chodzi o przewidywanie skutków w wykonaniu Ciamajdy). Poza tym zajmowałam się odpowiadaniem na pytania wypisywane po zaparowanych szybach wiaty na przystanku szóstki (THC to co? – gówno) i rysowaniem nań męskich genitaliów.
Aha. Kot wrócił.