untitled
Jak nie urok, to sraczka, jak nie sraczka, to przemarsz wojsk.
Zaspałam dziś w bardzo kretyński sposób: obudziłam się o godzinie 6:35, umyłam, umalowałam, stwierdziłam “pierdolę!” i położyłam się o godzinie 6:55 na dwie minuty. Wstałam punkt 7:35. “Muszę zadzwonić do Ewy, że zaspałam!”. Jako że telefon mój najnowszej generacji posłuszeństwa odmówił dnia drugiego stycznia, muszę dzwonić z domowego. Nie pamiętając numeru, włączyłam komputer (bo miałam gdzieś zapisany). Nie zdążyłam się nawet zalogować, a przypomniałam sobie. Dzwonię. Mówię, że mnie nie będzie i znowu dostanę opierdol od wychowawcy, że nie było mnie na wuefie. CHUJ! Ubieram się i idę na przystanek. Już dochodzę, gdy do głowy wbija mi się idiotyczna myśl “To byłoby epickie, gdyby autobus spierdolił mi dwadzieścia metrów od przystanku”. Jakieś trzy sekundy po tym na moich oczach autobus spierdala z przystanku. CHUJ! Jestem silna, idę na 75! (Opis drogi pominę, powiem tylko, że wywaliłam się jakieś trzy razy na śniegu i wyładował mi się mój Kriejtiw). Czekam. Czekam. Czekam. Ale piździ. Czekam. 75 przyjeżdża. Wsiadam. Z tyłu dwie laski głupsze od moich botków, z boku fajni żule opowiadający kawały o żydach.
A potem już było w porządku.
Ale i tak mam brzydkie ciało i chcę kakałka!